poniedziałek, 28 grudnia 2015

Co dalej GIMBAZĄ?


Było już o sześciolatkach a teraz będzie też trochę o gimnazjum. Oba tematy budziły i budzą emocje, mam jednak wrażenie, że przeważnie wypowiadają się na nie ludzie, którzy nie mają dzieci w wieku szkolnym i są dalecy od panujących realiów. Poprzednia ekipa rządzących chciała wysłać wszystkie sześciolatki do szkoły a obecna proponuje zostawienie sześciolatków w tej samej klasie (by mogły dołączyć do swojego rocznika). Jeden pomysł gorszy od drugiego. 

Cóż z tego, że sale lekcyjne są przystosowane dla sześciolatków i to, że intelektem nie odbiegają one od siedmiolatków, jeżeli w większości przypadków sześciolatki nie są dostatecznie dojrzałe emocjonalnie.  Nie mówię tu o tych dzieciach, które zostały odroczone ale o pewnej części sześciolatków, które obecnie chodzą do pierwszej klasy i których rodzice otwarcie przyznają, że ze względu na emocje powinny jednak zostać jeszcze rok w przedszkolu. Teraz podobno ma być lepiej dla sześciolatków z roczników 2010 i młodszych ale co z tymi, które już są w szkole? Propozycja pozostania sześciolatka na drugi rok w pierwszej klasie –  kto to wymyślił? czy ktoś pomyślał co by to oznaczało dla dziecka? A co z pozostałymi rocznikami, które w system edukacji weszły jako sześciolatki? Nie było wtedy wprawdzie obligo, że muszą iść do szkoły ale reforma edukacji jednoznacznie wskazywała kierunek zmian. Moim zdaniem jedyne rozsądne wyjście  z sytuacji to pozostawienie klas dwurocznikowych – gdzie sześciolatki mogą ale nie muszą pójść do szkoły.  

W końcu gimnazja i pomysł ich likwidacji. Do ubiegłego roku też byłam przeciwniczką gimnazjów ale dziś jestem po drugiej stronie. Normalnym zjawiskiem jest to, że obawiamy się czegoś czego nie znamy ale  nie zawsze musi to oznaczać zmianę na gorsze. System ośmioklasowy znam i uważam, że o ile był dobry 20 lat temu teraz się nie sprawdzi. Nie zależnie, czy młodzież będzie w gimnazjum, czy w 7-8 klasie, problemy same nie znikną a w systemie 8-klas mogą się wręcz nasilić (widać to już w przypadku klas szóstych). Młodzież nie jest już tą sprzed 20 lat i na pewnym etapie potrzebuje zmiany. 

Owszem początki gimnazjów nie były łatwe zarówno dla dzieci, ich rodziców jaki pewnie dla samych nauczycieli. Wszyscy się wtedy uczyli. Od tamtego czasu upłynął szmat czasu i bardzo dużo się zmieniło.

Jakie moim zdaniem są zalety gimnazjum
1. Gimnazjum można wybrać wg własnych preferencji – gimnazja w których trzeba się dużo uczyć lub wg krążących opinii zdecydowanie mniej, szkoły z klasami profilowanymi (np. informatycznymi, sportowymi  a nawet militarnymi ), te które mają ciekawą okolicę (boiska, park, rynek) lub te które są po prostu blisko miejsca zamieszkania – kryteria wyboru są bardzo różne. Dziecko ma poczucie realnego wpływu na dokonywany wybór (pod warunkiem, że rodzice go nie narzucą). Moim zdaniem jest to pierwsza z zalet - nie musimy się skazywać na gimnazjum rejonowe, wybór jest praktycznie nieograniczony (zależny tylko od wyników z egzaminu i ocen na świadectwie). W ubiegłym roku była możliwość zaznaczenia w deklaracji wyboru szkoły dowolnej ich ilości (w poprzednich latach można było wybrać tylko dwa gimnazja + trzecie rejonowe) - to dało komfort, że w przypadku nie dostania się do szkoły tzw. „pierwszego wyboru”, automatycznie nasz wniosek rozpatrywany był w kolejnej z listy (kolejność na liście wg preferencji).  
2. Kolejna zaleta to nauka samodzielności – dzieci zaczynają same dojeżdżać do szkoły, wychodzą poza swój dobrze znany rejon, poznają komunikację i uczą się nowych zasad. Mają poczucie odpowiedzialności.
3. W końcu chyba najważniejsze – w gimnazjum dzieci są  „czystymi białymi kartami” zaczynają budować swoją opinie od początku. Tu znikają wszystkie przypięte „łatki” zarówno przez rówieśników jak i nauczycieli. Tu kończy się wykorzystywanie tzw. ”dobrej opinii” – uczniowie weryfikują swoje umiejętności, wszystko zaczyna się na nowo. Dzieci uwalniają się środowiska szkoły, w którym tkwią od 6 lat i którym są po prostu zmęczeni.  

Ostatni semestr szóstej klasy bywa ciężki, nie tylko ze względu na presję zbliżającego się egzaminu a potem oczekiwania na wyniki ale często ze względu na zmęczenie własnym towarzystwem w klasie. Gimnazjum jest restartem dla wszystkich - dla dzieci i dla rodziców, osobiście nie wyobrażam sobie kolejnych dwóch lat w podstawówce. Teraz mam porównanie w sposobach nauczania i radzenia siebie z młodzieżą przez nauczycieli na poziomie podstawówki i gimnazjum – w naszym przypadku różnica jest kolosalna, na korzyść gimnazjum oczywiście. Co ciekawe, ile razy rozmawiam z którymkolwiek z rodziców dzieci z pierwszej klasy gimnazjum (z różnych szkół) wszyscy zmianę tę postrzegają na plus, choć pamiętam nasze rozmowy sprzed wakacji pełne sceptycyzmu i obaw.

Ważnym faktem jest to, że gimnazjum jest objęte obowiązkiem szkolnym, więc nie ma możliwości by dziecko nie dostało się do gimnazjum. Wystarczy, że przyjedzie na egzamin i jeżeli nawet nic nie napisze, ma zagwarantowane miejsce w gimnazjum rejonowym. Gimnazjum rejonowe jest najczęściej najbliżej miejsca zamieszkania, czasem nawet w tym samym budynku co szkoła podstawowa.  Teoretycznie jeżeli cała klasa z podstawówki wybrała by gimnazjum rejonowe mogłaby zostać przeniesiona do gimnazjum w składzie 1:1. Nie bardzo więc rozumiem, jaką wartość może dać likwidacja gimnazjów? Moim zdaniem ograniczy to tylko możliwość wyboru, jaki teraz istnieje na tym etapie.

Mam więc nadzieję, że zanim zostanie wprowadzana jakakolwiek zmiana dot. gimnazjów w systemie oświaty, ktoś uwzględni zdanie dzieci i rodziców, bo chyba jasne jest, że wraz z likwidacją gimnazjów problemy wieku dorastania automatyczne nie znikną.

niedziela, 13 grudnia 2015

Świąteczne awarie - świąteczny koszmar

Jak pech,  to pech. Jak ma się coś popsuć to wolałbym, żeby to było w dzień powszedni i żeby była możliwa natychmiastowa naprawa. Ale złośliwość przedmiotów martwych nie ma granic.

Ok 20.12 ubiegłego roku, przed świętami wypłacam z bankomatu większą kwotę. Bankomat zwraca mi kartę ale nie wydaje gotówki, nie drukuje też żadnego potwierdzenia. Na moje szczęście bankomat jest w oddziale banku,  w którym mam rachunek a oddział jeszcze pracuje. Zgłaszam sytuację Panu w sekcji depozytów i przezornie proszę by sprawdził stan mojego rachunku. I tu szok – pieniądze zostały ściągnięte z mojego konta. Pan nic nie może zrobić – trzeba przeliczyć gotówkę w bankomacie a w tym tygodniu już nie będzie fachowców od bankomatów. Wypisuje więc reklamację – a ja bez gotówki i bez kasy na koncie – wesołych świąt!.… Bank uznaje reklamację i zwraca mi pieniądze na rachunek ale dopiero  w nowym roku…. bo na rozpatrzenie reklamacji ma przecież 30 dni….
23.12 ubiegłego roku, gorączka przygotowań do Wigilii, wieczorem wchodzę od łazienki i czuję gaz. Na szczęście fachowiec przyjechał od razu mimo późnej pory. Puściło łączenie na jakiejś rurce przy piecu. Bardzo dziękujemy, że uratował nas Pan przed bombą gazową w święta.  
31.10 tego roku, sobota  prze Wszystkim Świętymi -  zbieramy się do wyjazdu – klucz w naszych nowych drzwiach wejściowych utknął, nie da się go wyjąć. W dodatku został w drzwiach od strony zewnętrznej! Telefon do producenta - w końcu mamy gwarancję. Niestety nikt teraz nie przyjedzie, wsparcie ograniczyło się do kliku rad pana montażysty przed telefon. Klucz udało się wyjąć ale zasugerowano by zamka nie używać – ktoś z ekipy podjedzie w poniedziałek. Nie podjechał ani w ten poniedziałek ani kolejny, nie mają ekipy na tym terenie. Skończyło się na wysłaniu zamka pocztą i samodzielnej wymianie. Póki co działa.

Złośliwość przedmiotów martwych to jedno a drugie to brak poczucia przez producentów obowiązku do usunięcia usterek w ich produktach w jak najkrótszym czasie. Niestety większości jednak nie spieszono  do naprawy usterek zwłaszcza w ramach gwarancji, czyli bezpłatnie. Prawo nie nakłada na wykonawcę terminów, w jakim powinien usunąć problem w ramach gwarancji, określenie „niezwłocznie” jest wg mnie często niewystarczające.

Od jakiegoś czasu obserwuję trend, w którym 95% uwagi skupia się na potencjalnym kliencie (który może od nas kupi a może nie kupi) a tylko 5% uwagi na kliencie obecnym (który zadowolony kupiłby u nas więcej, czy chociaż polecił nas i zarekomendował). To przekłada się na 95% wagi na sprzedaż, 5% na serwis, a to z kolei na strategię działania firmy – sprzedać a potem robić uniki. Jest to przykra praktyka, bo o ile przy kupnie wszyscy nam nadskakują to przy reklamacji odbijamy się od ściany, nie mamy z kim rozmawiać, nikt nie jest zainteresowany szybka naprawą problemu. A przecież to dobry serwis decyduje o tym czy Klient wraca i czy poleca nas innym.

niedziela, 29 listopada 2015

Black friday - dobre zakupy

Nie udało mi się zrobić wielkich zakupów w ramach tegorocznego "black friday". Nie wypowiem się więc co do atrakcyjności cen z tej okazji. Przyznam jednak, że jysk znowu pozytywnie mnie zaskoczył. Black friday w ich wykonaniu był na prawdę zachęcający.

I tak zegar RUNAR (który już posiadam pisałam o nim tu) był w zabójczej cenie 25 zł (wersja czarna)! W żadnej promocji nie widziałam by zegar ten był aż tak tanio.

Patrząc na ceny w ramach black friday w jysk rzutem na taśmę - dziś popołudniu - podjęłam szybką decyzję o zakupie lustra. Nigdy nie myślałam o zakupie tak dużego lustra, ale jego cena mnie przekonała. Lustro DIANALUND w wymiarach 78x180 cm kupiłam za 150 zł. Było ostatnie w sklepie. Już wisi  i uważam, że świetnie się prezentuje. Idealnie wypleniło pustą dotąd ścinę przedpokoju.

Lustro DIANALUND


środa, 11 listopada 2015

Drzwi przesuwne - finał bez happy endu

Wracam do tematu moich drzwi przesuwnych. O problemach związanych  z nimi pisałam tu i tu. Przypominając pokrótce - drzwi dostarczono bez ościeżnicy, która powinna być integralnym elementem zestawu przesuwnego. Po nieudanych próbach negocjacji ze sprzedawcą i producentem drzwi, napisałam w końcu oficjalną reklamację. Po tym jak minął termin na odrzucenie reklamacji ponownie skontaktowałam się ze sprzedawcą. Niestety odniosłam wrażenie, że nikt się tematem nie zajął, mimo że reklamacja została uznana. Pomimo, że w wysłanej reklamacji zamieściłam zdjęcia dostarczonych elementów drzwi i szczegółowo opisałam problem – wielokrotnie musiałam tłumaczyć co i dlaczego reklamuję. Wielokrotnie dzwoniłam do sprzedawcy, który cały czas deklarował wyjaśnieniem sprawy z producentem – cały czas bez skutku. Znalazłam nawet innego producenta, który był gotów dostarczyć mi potrzebną ościeżnicę – chciałam jednak by sprzedawca i/lub producent moich drzwi pokryli jej koszty. Na taką propozycje jednak nie chcieli się zgodzić. 

Drzwi przesuwne firmy CZAJKA bez ościeżnicy
Byłam już gotowa złożyć sprawę u rzecznika praw konsumenckich, gdy zadzwonił kierowca firmy sprzedającej drzwi, że ma dla mnie przesyłkę. Nawet bym się ucieszyła, tyle że podał mi wartość jaką mam zapłacić za towar przy odbiorze. Ciśnienie skoczyło mi na maksa ale grzecznie wyjaśniłam panu, że towar ma być dostarczony w ramach reklamacji i nie mam zamiaru za niego płacić. Na drugi dzień pan wyjaśnił sytuację z księgowością i dostarczył ościeżnicę bez opłat. 

Pod skórą czułam jednak, że to nie może skończyć się happy endem. Po rozpakowaniu paczki okazało się, że owszem ościeżnica jest ale jej otwory w zamku wcale nie pasują do drzwi, które posiadam. Nieudolność producenta  tak mnie rozbroiła, że nie ciągnęłam sprawy dalej. Bo cóż mogłabym więcej oczekiwać od wytwórcy, który najpierw nie widzi problemu w braku ościeżnicy a potem nie potrafi jej wyprodukować tak by pasowała do drzwi z jego oferty.

Drzwi przesuwne firmy CZAJKA z ościeżnicą
Mam więc zamek, który się nie zamyka – koszt 150 zł., ale  drzwi mają na czym się teraz zatrzymać. Ciągle szukam rozwiązania jak poprawić niedoróbę producenta ale póki co każde jest złe - przesunięcie zamka w ościeżnicy powoduje, że zostaną tam dziury. Drzwi ciągle mi się podobają ale nie mają funkcjonalności, na której mi zależało. Jedno jest pewne nigdy więcej nie kupię nic od tego producenta i odradzę każdemu kto by planował taki zakup.

sobota, 31 października 2015

Sześciolatki do szkoły?

Powrót po wakacjach do szkoły i do rutynowych obowiązków jest zawsze trudny. Zwłaszcza  pierwsze tygodnie, w których planowana jest cała logistyka - zajęcia dodatkowe, zawożenie, odbieranie, obiady, świetlice itp.  W tym roku cieszę się z jednego, że mój sześciolatek został jednak w przedszkolu, bo to organizacyjnie wiele ułatwiło.

Nie planowałam zostawiać mojego sześciolatka w zerówce. Był to pierwszy rok, w którym dzieci z rocznika 2009 obligatoryjnie wszystkie miały pójść do szkoły. Początkowo wcale nie myślałam o odraczaniu. Założyłam, że większość dzieci z grupy przedszkolnej razem pójdzie do szkoły, no i że jakoś to będzie. Poza tym gdzieś w tle toczyły się projekt obywatelski, który miał pozwolić rodzicom decydować o tym, kiedy dziecko pójdzie do szkoły – a to dawało nadzieję na zupełnie naturalne rozwiązanie dla tego tematu. Projekt jednak przepadł a w lutym na zebraniu w przedszkolu zostałam zaskoczona informacją, że połowa dzieci z grupy, do której chodziło moje dziecko już została odroczona. 
Postanowiłam więc również zgłosić się z dzieckiem na badanie do publicznej przychodni psychologiczno-pedagogicznej ale w całym mieście nie było miejsc do maja! Sytuacja była patowa. By pozostać w przedszkolu powinnam złożyć do 6 marca deklarację o kontynuacji wychowania przedszkolnego. Wizyta w poradni w maju była więc nieprozumieniem. Zaczęłam szukać innych placówek, ale nawet w tych prywatnych nie było miejsc. Miałam też wątpliwości czy zaświadczenie z prywatnej placówki będzie respektowane w razie potrzeby odroczenia. 

Mając perspektywę utraty miejsca w przedszkolu (ze względu na brak decyzji o odroczeniu) i posłania do pierwszej klasy dziecka, którego nie zostało zdiagnozowane (niestety z mojej winy nie zadbałam o odpowiednie terminy wcześniej), stanęłam pod murem. Po wielu telefonach i prośbach udało mi się na połowę marca zarezerwować termin w prywatnej poradni psychologiczno –pedagogicznej. Koszt wizyty 170 zł. Oczywiście nie zdążyliśmy w przedszkolu złożyć deklaracji o kontynuacji i mieliśmy w perspektywie ogólną rekrutację do przedszkoli, która nie gwarantowała, że dostaniemy miejsce w dotychczasowym przedszkolu. Pojawiła się więc kolejna wątpliwość – jeżeli miałby to być inne przedszkole niż dotychczas to może lepiej już jednak by była to szkoła….

Do czasu wizyty w poradni rozmawiałam z wieloma ludźmi – w końcu by to dla mnie w tym czasie temat nr 1. Nie ukrywam, że dwie opnie szczególnie dużo dały mi do myślenia. Pierwsza byłej wychowawczyni mojego starszego dziecka w klasach 1-3 oraz nauczycielki przedmiotu w klasach 4-6. Pani ucząca w klasach młodszych powiedziała mi, że z jej doświadczenia i obserwacji sześciolatki nie różnią się intelektualnie od siedmiolatków, ale zdecydowana większość sześciolatków potrzebuje jeszcze dużo zabawy i ruchu, co widać  podczas lekcji. Pani ucząca w klasach starszych powiedziała mi natomiast, że o ile w klasach 1-3 sześciolatki mają traktowanie specjalne, to  w klasach starszych na pewno nie można już na to liczyć.  Z doświadczenia z poprzednim dzieckiem wiem, że przejście z klasy III do IV było trudne dla dzieci, które poszły do szkoły jako siedmiolatki, zaczęłam zastanawiać się jakie będzie ono dla dzieci młodszych o rok. Przyznam, że  opinie, które usłyszałam zanim dotarłam z dzieckiem do poradni utwierdziły mnie w przekonaniu, że mimo wcześniejszych wątpliwości powinnam poważnie rozważyć możliwość odroczenia.  

Koniec końców opina w poradni była taka jakiej się spodziewałam -  dziecko emocjonalnie nie gotowe do rozpoczęcia nauki w szkole - wrażliwe, źle znoszące porażki. Testy wypadły bardzo dobrze ale rączka okazała się trochę zbyt mało sprawna jak na przyszłego pierwszaka. Dołożyłam jeszcze do tego dużą potrzebę ruchu,jaką cały czas wykazuje moje dziecko i dorocznie stało się faktem.

Strona formalna
Przed wizytą w poradni konieczne trzeba posiadać opinię z wychowawcy z przedszkola. Przed poproszeniem o nią  warto porozmawiać z Panią wychowawczynią o zachowaniu dziecka również poza przedszkolem. W opinii powinny zostać opisane wszystkie zachowania dziecka zwłaszcza te, które nas niepokoją w kontekście szkoły.  Ta opinia jest podstawą do badania w poradni i pierwszym krokiem do odroczenia.
Samo badanie to testy dziecka i rozmowa z rodzicem – w sumie trzeba zarezerwować sobie ok 2 godzin. Opinia nie jest wydawana od ręki, jest to opis całego badania zawiera sporo treści więc nie da się jej przygotować w trakcie wizyty. Opinie można odebrać po kliku dniach.
Gdy mamy opinię w ręce musimy napisać podanie o odroczenie do dyrekcji szkoły podstawowej (gotowe wzory można znaleźć w Internecie). Podanie zanosimy do szkoły rejonowej, do której przydzielone jest nasze dziecko. Do podania załączamy opinię z poradni. I tu uwaga - jak się okazuje wcale nie musi to być opina placówki publicznej (podobno zależne jest to od szkoły więc wcześniej warto dopytać czy akceptują opnie prywatnych placówek). Na decyzję dyrekcji szkoły znowu czekamy. Gdy mamy zgodę dyrektora idziemy z nią do przedszkola. Potem składamy deklarację o kontynuacji wychowania przedszkolnego lub jeżeli jest już po tym terminie bierzemy udział w ogólnej rekrutacji.

Piszę o tym ku przestrodze, bo sama nie była świadoma jakie są terminy i ile trwa załatwianie całej papierologii. Termin do poradni warto zarezerwować już dziś, nie zależnie od tego jaką finalnie podejmie się decyzję. My zdążyliśmy skompletować wszystkie papiery (papiery z odroczenia + papiery wymagane przy rekrutacji) w ostatnim dniu rekrutacji do przedszkoli. Wszystko szczęśliwie się skończyło – trafiliśmy do swojego przedszkola i do swojej grupy, ale o tym ile czasu i nerwów to kosztowało, nie chcę nawet pamiętać.

Ostatnio rozmawiam z mamami, których sześciolatki są teraz w pierwszej klasie – opinie są bardzo różne od zachwytu szkołą, przez umiarkowane zadowolenie, ale też narzekanie na dużą ilość zadań, aż po rozważania o cofnięciu dziecka do przedszkola. Każdy dziecko jest inne, każde trzeba traktować indywidualnie i dlatego uważam, że o tym czy dziecko ma pójść do szkoły jako 6 czy 7 latek  powinni decydować rodzice. W podjęciu tej decyzji mogą pomóc psycholog, pedagog czy wychowawca przedszkolny ale nikt nie zna dziecka lepiej niż rodzic.

niedziela, 18 października 2015

Czas powrotu .... do szarej rzeczywstości


Lato definitywnie zakończone, czas urlopów także. Pozostały wspomnienia. Kończę więc relację z naszej wakacyjnej podróży i wracam do reżimu szkoły i tematu remontów, czyli szarej (deszczowej) rzeczywistości.

Ciągle myślę jednak o planowaniu kolejnych wyjazdów. Czy w przyszłym roku będzie to Bułgaria? – wątpię, bo choć chętnie bym tam wróciła, to póki co sytuacja na granicach UE nie wygląda dobrze. Być może do kolejnych wakacji sytuacja się unormuje ale póki co trzeba chyba pomyśleć o inny  kierunku. Nie biorę pod uwagę spędzenia urlopu w którymś z państw muzułmańskich, choć uważam że jest tam najlepszy stosunek ceny do świadczonej jakości usług turystycznych oraz mnóstwo bardzo ciekawych miejsc do zobaczenia. Uwielbiam spędzać wakacje w Turcji, tym razem jednak nie planuję tam podróży. Wolę unikać potencjalnych zagrożeń, zwłaszcza, że podróżuję z dziećmi.

Nie koniecznie chciałabym też jechać na urlop nad Bałtyk, bo choć kocham nasze morze to uważam, że pobyt nad nim w sezonie jest mocno przewartościowany, zwłaszcza gdy pogoda nie jest dla turystów tak łaskawa jak w tym roku. Do wyboru pozostaje nie zbyt wiele – kraje UE – drogie i zatłoczone. Będę musiała wiec pójść na jakiś kompromis. Na razie powoli się rozglądam i  szukam czegoś co przykuje moją uwagę – bo jak w słowach piosenki kabaretu OTTO: „jeszcze tylko: październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec i… WAKACJE, znów będą WAKACJE!”

I jeszcze kilka już ostatnich migawek - jak było w tym roku ....



Bułgaria - Morze Czarne



Bułgaria - Morze Czarne




Bułgaria - Morze Czarne






sobota, 10 października 2015

Rumunia – obalamy mity

Rumunia całkowicie mnie zaskoczyła. Zaskoczyła mnie pozytywnie. Moje wyobrażenie o tym kraju, oparte na opowieściach z lat 80 okazało się całkowicie fałszywe. Nie widać tu biedy, ani obozów, w których koczują ludzie czy żebrzących przy drodze dzieci.  Z wszystkich opowieści o Rumunii tylko jedno się nie zmieniło – psy chodzące gromadnie przy drogach (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach). Poza tym Rumunia to od 2007 członek UE i wyraźnie widać tu europejskie standardy (zdecydowaniem bardziej niż w Bułgarii).

 
Rumunia góry

Przekroczenie granicy Bułgarii z Rumunią nie nastawiło mnie pozytywnie do tego kraju.  Przejazd przez zrujnowany most (obecnie remontowany) nie wróżył nic dobrego. Tymczasem po przejechaniu granicy zobaczyłam nowe drogi, zadbane domy, ład i porządek. W czasie naszego dwudniowego przejazdu przez Rumunię tylko raz widziałam dzikie obozowisko – czyżby wszyscy żebrzący stąd wyjechali?

Sklepy jak u nas –  wszystkie znane sieciówki, samochody – jak u nas a może nawet lepsze, domy – jak u nas – te starsze odnowione, nowobudowane – nowoczesne. Generalnie standard życia jak w Polsce. Drogi też jak u nas  – tj. fragmenty dobrych, nowych autostrad, i te starsze, często lokalne drogi, gdzie dopadają nas dziury i korki.  

W Rumunii są świetne, klimatyczne restauracje w których można dobrze zjeść. W miejscach nastawionych na turystów jest wiele hoteli i pensjonatów a oferowane noclegi są naprawdę na wysokim poziomie. My nocowaliśmy w okolicy Predeal, nocleg znaleziony na booking.com – Vila Turistica Ciresarii. Standard pokoju świetny z dostępem do kuchni, internetu i możliwością zaparkowania samochodu na podwórku. Pani właścicielka bardzo miła i doskonale mówiąca po angielsku.  


 
Rumunia Trasa Transfogarska
W Rumunii są fantastyczne miejsca zarówno pod względem architektury jak i krajobrazu, dlatego uważam, że jest krajem bardzo atrakcyjnym turystycznie, zwłaszcza da tych, którzy preferują aktywny wypoczynek. Z jednej strony są tam  fantastyczne góry, w tym jedyna w swoim rodzaju trasa Tarnsforgarską (opis tu), z drugiej znajdziemy tam piaszczyste plaże nad ciepłym morzem. Po drodze czeka nas wiele interesujących miast i miasteczek.  Urokliwe miejsca, piękne budowle i zamki (opis tu), w tym te w których rezydował legendarny Dracula (opis tu) oraz wysoki standard usług sprawiają, że wakacje w Rumunii stanowią naprawdę świetną propozycję. 

Rumunia zamek Draculi w Bran

Rumunia zamek w Sinaia